The price we pay

The price we pay

Uszkodzone kręgi, połamane palce, ponadrywane więzadła kolanowe, ubytki w ścięgnach Achillesa, bóle mięśni szyi, prądy przechodzące przez kończyny, drętwienia, pęknięte mięśnie międzyżebrowe, pourywane ścięgna w stopach, oraz szereg innych kontuzji stawowych, które zostaną z nami na resztę życia. Jak ktoś kiedyś powiedział: „Jak mnie odkopią za kilkaset lat i zrobią o tym program na discovery, to będą mieli zagadkę pod jaką ciężarówkę wpadłem”.
Cena uprawiania sportu w wymiarze amatorskim jest wysoka. Płacimy ją własnym ciałem, ale często zapominamy, że psychika to dysk twardy o ograniczonej pojemności poddawany legionowi bodźców każdego dnia. Nasz system nerwowy również ma swoją wytrzymałość i obciążony treningiem, oraz tzw. życiem może nie nadążać za naszym pragnieniem poprawienia wyników sportowych. Technika, której uczymy się na treningach zależy od regeneracji naszego systemu nerwowego. Ten ostatni przemęczony, poddawany napięciu w pracy, w domu, przez opiekę nad dziećmi, jazdę samochodem, bombardowany bodźcami internetowymi, ciągłym przewijaniem stron w telefonie, pisaniem służbowych maili, odpisywaniem na prywatne wiadomości, nie pozwala nam nauczyć się nowych rzeczy na treningu. Co za tym idzie, przemęczenie obniża naszą odporność na choroby, mimo tego że prowadzimy zdrowy tryb życia. Rachunek jaki dostaniemy to grypa, brak progresu, porażka na zawodach (kiedy za mocno się przed nimi eksploatowaliśmy), spadek nastroju prowadzący do depresji i tumiwisizmu, kontuzja i przerwa w treningach.
Oraz chwile, które uleciały i nie wrócą.
To kolejny aspekt negatywnej strony uprawiania pasji w wymiarze przekraczającym poziom amatorski. Często słyszymy, że największym błędem, który popełniamy jest porównywanie się z innymi; każdy ma swoją drogę i swoje życie, z czego wynika jego progres na treningu, wyniki w sporcie, ilość startów w zawodach itp. Jednakże zwolnienie tempa kojarzy się nam z lenistwem, podświadomie porównujemy się z kolegami na treningu, którzy zrobili postęp, analizujemy swoje umiejętności dołując się na siłę, co dodaje kolejną cegłę do i tak dużego ciężaru jaki dźwigamy. A co z tzw. życiem? Znajomi, życie towarzyskie w zasadzie toczy się w klubie. Poza nim jest za mało czasu, żeby takowe prowadzić, szczególnie kiedy mamy rodzinę. Ona najsilniej odczuwa naszą pasję. Niestety „coś, kosztem czegoś” – czas, który moglibyśmy poświęcić rodzinie poświęcamy naszej pasji. Dlatego warto doceniać wsparcie bliskich, jeśli możemy dzięki niemu trenować.
Reasumując; płacimy cenę na trzech poziomach – fizycznie, psychicznie oraz społecznie. Zapominamy, że nie jesteśmy zawodowcami, że zawodowiec robi dwa treningi dziennie, ale często poświęcił życie dla sportu, co za tym idzie nie ma rodziny, firma cateringowa przywozi mu jedzenie, a jego pracą jest jego pasja. Pewnie, że na to zasłużył ciężką pracą, a poziom wyzwań jakie podejmuje jest znacznie wyżej – każdemu jego everest.
Dla nas największymi bohaterami zawsze będą ci, którzy trenują, dokonują wyrzeczeń (w tym wydają pieniądze na swoją pasję bez pomocy sponsorów), oraz łączą tzw. normalne życie ze swoim hobby, po którym na koniec zostanie tylko zniszczone ciało i świadomość, że jest się w czymś dobrym.
Trenujcie. Rozwój jest wart każdej ceny.

aligatores